Nazywam się

Aleksandra Błaszczyk.

 

Jestem trenerką umiejętności interpersonalnych, coachem kryzysowym (w trakcie certyfikacji), coachem kariery i konsultantką ds. HR.

 

W toku swojej kariery przeszłam wypalenie zawodowe. 

 

W oparciu o własne doświadczenia za swoją prywatną i zawodową misję obrałam wspieranie ludzi i organizacji w zwalczaniu wypalenia zawodowego i dalszym rozwoju spójnym z ich potrzebami, celami i wartościami.

 

Pracując z własnym jak i cudzymi przypadkami, wypracowalam metodę, która jest połączeniem interwencji kryzysowej i coachingu kariery.

W pracy ze mna możesz liczyć na:

  • szybką identyfikację problemu
  • system wsparcia i regeneracji oparty na sprawdzonych sposobach
  • metodę pomagającą określić Twoją rolę zawodową i styl pracy tak, aby były spójne z Twoimi wartościami i potencjałem

 

Mam nadzieję, że dzięki mojemu wsparciu odkryjesz w wypaleniu swoją szansę na lepsze, prawdziwie spełnione życie!

Moja historia

Odkąd pamiętam, szukałam pracy idealnej. Już od małego zadręczałam dorosłych pytaniami, co muszę zrobić i jakie szkoły skończyć, by zostać kolejno: pielęgniarką, panią z banku, aktorką, adwokatem, pisarką, restauratorką…. Plany zawodowe zmieniałam średnio co trzy lata. Co ciekawe, tendencja ta utrzymała się również w moim dorosłym życiu, kiedy faktycznie zaczęłam pracować i próbować, jak to jest być: tłumaczką, specjalistką do spraw obsługi klienta, team leaderką działu obsługi klienta, specjalistką ds. HR, HR business partnerką, aż w końcu coachem i trenerką.

Na pierwszy rzut oka część tych zawodów wydaje się być ze sobą niepowiązana i obrazować zwroty w mojej karierze, jednak miało to pewną logikę. Otóż po tych zwyczajowych 3 latach bycia w danej roli zawodowej byłam już w stanie stwierdzić, co mi się w niej podoba i w czym chcę się dalej rozwijać, a co zdecydowanie nie jest moim konikiem.

 

Miesiąc miodowy

I tak metodą eliminacji, w wieku trzydziestu paru lat zostałam trenerką umiejętności miękkich na pełen etat. Ponieważ pracowałam w korporacji, moja rola była na tyle dookreślona i klarowna, że poza zbieraniem podpisów na listach uczestników i rozliczaniem podróży służbowych nie musiałam pilnować żadnej papirologii, ani uprawiać okoloszkoleniowej biurokracji. Miałam tylko i wyłącznie szkolić. Wreszcie byłam w stanie stwierdzić: „oto jest! Moja praca życia! Teraz to ja będę szkolić do śmierci, a przynajmniej do emerytury!" I faktycznie uwielbiałam tę pracę w 100%. Wyeliminowałam z niej wszystko, co mnie nudziło, męczyło i frustrowało. Zostawiłam sobie tylko tzw. „michałki” czyli te najbardziej lubiane i ekscytujące zadania. Jakim cudem dopadło mnie wobec tego wypalenie? Czyżby nie miał racji ten, który powiedział: „Rób to, co kochasz, a nie przepracujesz w życiu ani godziny?”…

 

Rozczarowanie

W jednym z testów badających motywację wyszło mi, że istotne dla mnie wartości to idealizm, honor i… jedzenie. Wtedy śmiałam się z tego zestawienia, ale z perspektywy czasu widzę, że te wartości przyczyniły się do mojego kryzysu zawodowego. Bo mając już te prace idealną ciężko mi było zaakceptować,  że może ta rola jednak taka idealna nie jest. Że ma swoje cienie i blaski, swoje ciemne strony i odcienie szarości.

Prędzej byłam skłonna stwierdzić, że to ja jestem niewystarczająca. A że nie honor było mi się do tego przyznać nawet przed sobą, to starałam się jeszcze bardziej. Nieważne, że blisko 100 godzin szkoleń miesięcznie było jednak ponad możliwości mojej introwertycznej natury. Nieważne, że już w środę byłam dętką i w czwartek zazwyczaj brałam pracę z domu, żeby w piątek mieć siłę poprowadzić kolejne szkolenie. Nieważne, że coraz częstsze i dłuższe wyjazdy rujnowały mi jakikolwiek rytm w życiu osobistym, a nieprzespane noce w hotelach i jedzenie po knajpach odbijały się na moim zdrowiu. Swoje rozczarowanie przeżywałam w zaprzeczeniu, a jedzenie cóż… nie raz bywało pocieszeniem w samotne hotelowe wieczory.

 

Narastający stres

Kiedyś znajomy trener zapytał mnie, czy bardzo się stresuję, prowadząc szkolenia. Pamiętam, że odparłam wtedy z pewnym zdziwieniem: „Już nie”. Chyba zrobiło to na nim wrażenie, bo mi pogratulował. Ja natomiast stwierdziłam tylko w duchu, że faktycznie się rozwinęłam, a moja pewność siebie na sali wzrosła do poziomu, który kiedyś wydawał się poza moim zasięgiem. Jednocześnie poczułam pewien dysonans, bo wcale mnie to nie ucieszyło. Co gorsza, na myśl o kolejnym zaplanowanym szkoleniu i kolejnym zapytaniu od biznesu robiło mi się niedobrze, a do uczestników czułam narastającą nienawiść. Do tego coraz bardziej rozstrajało mnie życie na walizkach, a kiedy słyszałam od kolegów, jak to mam fajnie, że tak sobie podróżuję, to…  cóż, przemilczę, co sobie myślałam. Oczywiście byłoby niepolityczne się tym z kimkolwiek podzielić, bo w korpo trzeba tryskać entuzjazmem, a w roli trenera świecić przykładem zaangażowania i dodatkowo klaskać uszami. Klaskałam więc, a w środku czułam się coraz bardziej pusta i oderwana od własnego życia.

 

Wypalenie pełnoobjawowe

Dawno temu, gdzieś na początku mojej kariery mój szef przestrzegał mnie, żebym w pracy nie próbowała być kimś, kim nie jestem. Inaczej czeka mnie murowane załamanie nerwowe. Nie sądziłam, że mogłoby to mnie kiedykolwiek dotyczyć, bo przecież dążyłam do pracy idealnej. A jak się robi to, co się lubi, to przecież nie ma sensu udawać. Ewentualnie można dążyć do ideału... Tym bardziej, gdy pewnego słonecznego piątku nie mogłam wstać z łóżka, nie wiązałam tego z jego proroctwem. Do tego momentu już blisko dwa lata żyłam w chronicznym stresie i wyparciu, jakoby cokolwiek było nie tak. Jednak niemoc i bezradność, które mnie nagle ogarnęły, wskazywały na co innego. Po kilku konsultacjach z lekarzami i specjalistami od zdrowia psychicznego trafiłam na kilkumiesięczne zwolnienie lekarskie z rozpoznaniem zaburzeń nastroju. W skrócie: według nich dopadła mnie depresja, a leczyć ją miałam na oddziale dziennym szpitala psychiatrycznego.

Przyznam, że był to dla mnie nokaut. Towarzyszył temu ogromny lęk o przyszłość i utratę źródła dochodu, bo byłam tak wyczerpana, że nie wyobrażałam sobie powrotu do pracy. Jednocześnie, wychowana w etosie pracy i samowystarczalności, chwilową przerwę w pracy traktowałam jako powód do wstydu, a ryzyko utraty pracy jako gigantyczną porażkę. Nie sprzyjało to mojemu zdrowieniu, więc uciekałam w sen, a właściwie zapadałam w niego jak w studnię w najdziwniejszych porach dnia. Tak minęły mi blisko 3 miesiące, aż do pewnego webinaru o coachingu kryzysowym, po którym sama zmieniłam sobie diagnozę.

 

Fenomen feniksa

Podczas webinaru prowadzonego przez dr Elżbietę Kluskę-Łabuz dowiedziałam się, czym jest kryzys, jak się go definiuje, jakie są rodzaje, poziomy natężenia i objawy. No i te objawy, które pani doktor skrupulatnie wymieniała, brzmiały mi bardzo znajomo. Zanim webinar dobiegł końca, byłam pewna, że gron szacownych specjalistów z oddziału myli się co do mojej diagnozy, bo nie mam żadnej depresji. Cierpię natomiast na wypalenie zawodowe, które jest rodzajem kryzysu chronicznego. Tadam, eureka i voila! Nie jestem chora, tylko wypalona! Poczułam się tak, jakby ktoś na nowo podlączył mnie do prądu.

W ciągu następnych tygodni przeczytałam masę opracowań i artykułów na temat wypalenia, zapisałam się na kurs coachingu kryzysowego i… wypisałam z oddziału.  Miałam żal do terapeutów, że mimo prowadzenia obserwacji, testów i zbierania obszernej dokumentacji żaden z nich nie poznał się na moim przypadku. Co więcej, razem ze mną w grupie wsparcia były dwie osoby, które również odchorowywały pracę w korpo. I tak jak ja były diagnozowane na depresję tudzież inne zaburzenia nastroju. Dzisiaj wiem, że nawet, jeśli mieliśmy depresyjne nastroje, to były one wtórne, bo wyhodowane na gruncie wypalenia.

Zanim jednak wróciłam do formy, minęło kilka kolejnych miesięcy, podczas których uświadomiłam sobie rzeczy kluczowe w prewencji wypalenia:

  • Przede wszystkim zdałam sobie sprawę, że mam granice: wytrzymałości i odporności.
  • Zaczęłam dostrzegać i akceptować fakt, że moje zasoby energii w ciągu dnia są ograniczone, a tolerancja na bodźce ma skończoną pojemność.
  • Zdałam sobie sprawę, że źródło mojego wypalenia nie leży we mnie, ale w wymaganiach mojego stanowiska, które zdecydowanie przekraczały moje limity
  • Zdecydowałam, że dotychczasowy styl życia wymuszany przez pracę w zawodzie trenera mi nie służył i jeśli chcę zachować pasję do tego zawodu, to za wszelką cenę muszę zmienić pracodawcę.
  • Zaczęłam szanować swoje ciało jako odrębny byt, który ma swoją podmiotowość i jest znacznie mądrzejsze od naiwnej i "wszystkowiedzącej" głowy.
  • Zaczęłam respektować swoje potrzeby i emocje
  • Zaczęlam mówić "Nie. Nie i kropka."

Oprócz tego oddawałam się dalszej regeneracji, bo już wiedziałam, że wypalenie zwalcza się tym, o czym na co dzień zapominamy albo nie mamy czasu. A więc dużo spałam, spacerowałam, uprawiałam niewymagające sporty, relaksowałam się na wszystkie sposoby, czytałam, oddawałam się pasji i spędzałam jak najwięcej czasu z bliskimi.

To pozwoliło mi wrócić do siebie i swoich zasobów sprzed wypalenia. Efektem jest między innymi Fenix i moja działalność skoncentrowana na prewencji i zwalczaniu skutków wypalenia zawodowego. Po przebyciu swojej dość wyboistej drogi do sedna problemu uznałam, że warto szerzyć świadomość ludzi i zwracać uwagę na problem, zwłaszcza w sytuacji, kiedy nie jest on prawidłowo rozpoznawany przez specjalistów od zdrowia psychicznego. Uczyniłam z tego swoją zawodowa misję na przynajmniej trzy kolejne lata.

 

Pięć powyższych paragrafów opisujących mój przypadek odzwierciedla pięć stadiów wypalenia zawodowego: miesiąc miodowy, rozczarowanie, narastający stres, wypalenie pełnoobjawowe i fenomen feniksa. Nazwy te wskazują, że kryje się za tym pewien proces, który mimo trudnych doświadczeń kryje w sobie twórczy potencjał.

Jeśli moja historia poruszyła w Tobie czule strony, wzbudziła niepokój lub uruchomiła pytania o Twoje samopoczucie związane z pracą, zachęcam Cię do wykonania testu na wypalenie i odwiedzenia zakładki OFERTA. Tymczasem dbaj o siebie, bo koniec końców to Ty jesteś swoim najcenniejszym zasobem.